Jesus F Christ, to była jazda.
Jakim cudem kreska może łączyć świetne, dynamiczne sceny walki i najbrzydsze, nieproporcjonalne ujęcia postaci, jakie dotąd miałam nieprzyjemność oglądać? Tu się to udało. Harry Osbourn i Kraven wyglądają jak karykatury.
Podoba mi się założenie - Peter nagrywa taśmy, w których zwraca się do zmarłej Gwen Stacy, opowiadając o tym, jak się poznali i zakochali, żeby poradzić sobie z żałobą.
Podobają mi się interakcje między postaciami, szczególnie między Gwen i MJ. Szczerze mówiąc, mam wrażenie, że Flash dostaje tu większy rozwój charakterologiczny niż główny bohater. Jedyne, co wyniosłam z tego komiksu to przekonanie, że MJ i Gwen mają niesamowitą chemię i więcej poczytałabym o nich niż o Spider-Manie.
Nie podoba mi się, że fabuła koncentruje się wokół walk Spider-Mana z praktycznym każdym z jego klasycznych przeciwników. Wiem, że ważnym elementem jest pokazanie, jak MJ i Gwen reagują na podwójne życie Petera i jego nieustające zniknięcia i dziwne zachowanie, ale szczerze, trochę mi tego zabrakło. Jestem wielką fanką sugestii, że żadna z nich nie kupowała tych wymówek i obie wiedziały, że coś jest na rzeczy. Ale nie udało się dobrze wyegzekwować ich reakcji na Petera i jego zachowanie, bo chociaż to miał być temat, wydaje się tylko wątkiem pobocznym. Co jest głównym wątkiem? Użalanie się Petera nad sobą.
Im więcej komiksów o Spider-Manie czytam, tym większe mam wrażenie, że Peter Parker jest paskudnym gnojkiem, który dorabia sobie martyrologię.
Najbardziej wkurzają mnie dwie rzeczy:
1) Relacje Petera z Gwen i MJ są jednostronne. Nie rozumiem, czemu one są nim zainteresowane, nawet jeśli podejrzewają, że jest Spider-Manem, co jest tylko delikatnie sugerowane, bo Peter nie daje nic od siebie. Zero. Nada. To worek bez dna, który można zapychać dobrymi gestami i pracą emocjonalną i nic z tego nie mieć.
2) Peter próbuje nadać śmierci Gwen znaczenie. I stwierdza, że sensem śmierci Gwen jest to, że MJ uświadomiła sobie własną śmiertelność i dojrzała do prawdziwego związku. To jest okropne, obrzydliwe, obmierzłe, okrutne instrumentalne podejście, które tylko dowodzi, że Peter gówno wie o własnej żonie.
Generalnie lektura tych sześciu zeszytów to dzika jazda z kiepskim zakończeniem. Ma dobre motywy, ale całość jest... Uhm. Widać, że facet to pisał, to raz. Widać też, że nie miał pojęcia, co pisze. Więc na koniec tylko się wkurzyłam.