Gdybym mogła, dałabym jej 8 gwiazdek.
Teraz idę zbierać swoje serce, bo się posypało
•
„Miłość to najpotężniejsza rzecz na świecie. Potrafi leczyć i kiełkuje w najbardziej niespodziewanych miejscach.”
[ reklama @wydawnictwohype ]
𝗡𝗔𝗣𝗜𝗦𝗭 𝗠𝗡𝗜𝗘 𝗣𝗢 𝗦𝗪𝗢𝗝𝗘𝗠𝗨 mnie złamało. I pozwoliłabym tej książce na to ponownie.
To, jak bardzo płakałam na tej książce wiem tylko ja i mój bogom ducha winny mąż, który po prostu chciał pograć w Fallouta. Baby, I’m sorry I’m unstable.
Ale przy książkach Tillie nie da się być stabilnym emocjonalnie. Czułam tutaj wszystko co możliwe, na czele z nadzieją, troską, żalem, trwogą, sympatią, miłością czy radością. Czy to już podchodzi pod znęcanie się nad czytelnikiem? Tak sądzę. Znam już głowę Tillie na tyle, że wiem jedno - nie ma co się nastawiać na cokolwiek, ponieważ nigdy nic nie idzie po myśli czytelnika. I niby wiesz co się stanie, ale się łudzisz - a może tym razem będzie dobrze.
Tylko czy może być dobrze zawsze?
Tillie opisała grupę siedemnastolatków, w tym dwoje najważniejszych - June i Jesse’go - którzy chorują na ostrą białaczkę szpikową w czwartym stadium. I samo to, że są tak młodzi, że tyle jeszcze życia przed nimi złamało mi serce (piszę to i płaczę, ajm sori). Jednak to coś standardowego dla Tillie - nie oszczędza nikogo i pokazuje, że choroba nie zważa na majątek, talent czy osiągnięcia. Zdrowia nie da się kupić czy wywalczyć na loterii.
Miłość - tak ważna. To, co było między Jess a June to było coś pięknego. Wsparcie, rozmowy, nie ukrywanie swoich intencji, bo nie było na to czasu. I przede wszystkim docenianie każdej sekundy, jaką się ma. Jednak nie była tutaj pokazana wyłącznie miłość romantyczna - także pięknie przedstawiona miłość przyjacielska oraz rodzica do dziecka.
Emocje jak zwykle on point, miażdżące swoim przekazem i ładunkiem. Od połowy w zasadzie cały czas płakałam, kocham taki emotional damage, przez który wypluwam płuca od płaczu. Polecam.