chyba nie potrafię traktować języka jako celu samego w sobie i w eseistyce potrzebuję CZEGOŚ, czegokolwiek, czego mogę się złapać, czego mogę się dowiedzieć, co uzasadnia istnienie tekstu, który czytam, nawet jeśli brzmi ładnie — bo ładność nie wystarcza — to początek, pokaz stylu, część rzemiosła, którego główna trudność leży w tym, żeby prezentacja wchodziła głębiej w osobę czytającą, wywoływała w niej nie tylko zachwyt umiejętnościami autorki, ale też refleksję nad życiem, ponieważ naiwnie uważam, że jeśli literatura mnie nie zmienia, to zmarnowałem czas; przekładam nad dobrą zabawę duchowe przeżycie składania liter
w tekście Sun Yung Shin otrzymałem ładne słowa i zalążki refleksji nad tematami, które autorka rozrzuciła i nie pozbierała; „Blade Runner” leży obok koreańskiego mitu antropogonicznego, obok Sofoklesa (Antygona jako pierwotny cyborg, fajnie, przeczytałbym o tym esej, ale zobaczyłem zamiast niego rozklejone urywki akapitów, podczas gdy Donna Haraway cytowana na początku książki miałaby do powiedzenia znacznie więcej o cyborgicznych właściwościach buntowniczej postaci z antycznej tragedii), obok niejasnych rozważań lingwistycznych o gościach, czarnych dziurach i adopcji — i bardzo chcę podziwiać takie pisanie, bo uwielbiam formę podania, ale nie potrafiłem, mimo starań, wgryźć się we wrażliwość autorki przez brak punktów zaczepienia; ześlizgiwałem się ze zdań i rozdziałów, i czuję, że niepotrzebnie zabierałem się za tę książkę
kiedy czytam takie rzeczy, odechciewa mi się pisać, a to największe niepolecenie, jakie mogę dać
unbearable: tak
splendor: niezbyt